Na początku XX wieku polski teatr przeżywał swój złoty okres. Scena była czymś więcej niż tylko miejscem przedstawień – rodziły się na niej nowe idee, łamano artystyczne kanony, a widzowie wychodzili z sal z poczuciem, że byli świadkami czegoś wyjątkowego. Wśród całej pleiady wybitnych aktorów wyróżniała się Irena Solska – kobieta, która potrafiła połączyć intelektualną głębię z emocjami, które przeszywały do szpiku kości. Ona nie tylko grała role, ale je tworzyła, niczym artysta malujący obraz: z unikalnym stylem, psychologiczną precyzją i wyczuwalną poetycką aurą. Solska z taką samą siłą porywała zarówno w dramacie symbolistycznym, jak i realistycznym, a każde jej pojawienie się na scenie stawało się wydarzeniem, o którym mówiono jeszcze długo po opadnięciu kurtyny, pisze krakow-trend.eu.
Pierwsze kroki na scenie
Choć znana jako Irena Solska, w metrykach widniało inne imię – Karolina-Flora Poświk. Urodziła się w 1877 roku w Warszawie w rodzinie, w której sztuka nie była kaprysem, a częścią codzienności. Matka, malarka Bronisława Bierzyńska, uczyła ją rysunku i jednocześnie posłała do żeńskiej szkoły Henryki Czarnockiej. Wydawałoby się, że jej ścieżka była już wytyczona: farby, obrazy, wystawy. Jednak dziewczyna miała własny plan. Lekcje aktorstwa brała w tajemnicy przed matką, niczym uczestniczka romantycznego spisku. Jej nauczycielem został wybitny aktor dramatyczny i ulubieniec warszawskiej publiczności, Bolesław Leszczyński, który od razu dostrzegł talent młodej Karoliny.
To właśnie on pomógł jej w debiucie na profesjonalnej scenie. Odbył się on w 1896 roku w Teatrze „Victoria” w Łodzi, a młoda aktorka przyjęła pseudonim „Irena Górska”. Od razu otrzymała główną rolę w sztuce „Hrabia René” Ghalmy, gdzie brawurowo zagrała dziewczynę wychowywaną jak chłopiec, która odkrywa swoją kobiecość poprzez miłość. Krytycy byli pod wrażeniem: w młodej artystce dostrzeżono rzadkie zdolności do ról lirycznych.
Kształtowanie stylu scenicznego

Jeszcze w tym samym roku Irena zagrała tę samą rolę w Teatrze Miejskim w Krakowie, tym razem pod pseudonimem „Pomian”. Dziewczyna natychmiast dołączyła do zespołu i szybko poczuła się pewnie na scenie, której mistrzowsko kierował Tadeusz Pawlikowski. Kraków stał się dla Ireny Solskiej pierwszym wielkim teatralnym domem. Rok później zagrała szekspirowską Porcję w „Kupcu weneckim” i Oliwię w „Wieczorze Trzech Króli”. Z łatwością łączyła dramatyczne kreacje z lżejszymi, salonowymi rolami, jak chociażby uwodzicielska pani Weir w komedii Arthura Pinero „Księżniczka i motyl”.
Szczególne miejsce w jej krakowskim repertuarze zajmowały polskie dramaty. W utworach Gabrieli Zapolskiej Solska brawurowo wcieliła się w postacie Róży Horn w „Małce Szwarcenkopf” oraz Miriam w „Jojne Firułkes”. Krytycy podkreślali, że w jej grze było coś więcej niż tylko techniczna sprawność – psychologiczna precyzja i własny, rozpoznawalny styl sceniczny.
W 1899 roku w życiu aktorki zaszły ważne zmiany osobiste i zawodowe: Solska wyszła za mąż za jednego z najsłynniejszych aktorów i reżyserów tamtych czasów, Ludwika Solskiego. Zaczęła występować pod podwójnym nazwiskiem Pomian-Solska, by z czasem ostatecznie pozostać przy nazwisku męża. Rok później para przeprowadziła się do Lwowa, gdzie Pawlikowski objął stanowisko dyrektora tamtejszego teatru.
Podbój nowych scen

Po pięciu latach, bogatsza o cenne doświadczenia, Solska wróciła do zespołu Pawlikowskiego. Oprócz Krakowa dużo grała gościnnie, występując we Lwowie, Warszawie, Łodzi i Zagrzebiu. Jej sukcesy w Krakowie zapamiętano z inscenizacji dramatów modernistycznych, w tym dzieł Stanisława Wyspiańskiego, Stanisława Przybyszewskiego i Jerzego Żuławskiego, w których łączyła symbolizm z realistyczną głębią.
Krakowska scena stała się dla Ireny Solskiej swoistym laboratorium, w którym kształtowała swój aktorski styl i umacniała reputację jednej z czołowych aktorek w Polsce. Przełomowy okazał się rok 1901 – główna rola w sztuce „Nawojka” lwowskiego poety Stanisława Rossowskiego przyniosła jej uznanie na nowym poziomie. Krytycy zwracali uwagę na jej grę: realizm, oryginalność, spokojny, powściągliwy głos w połączeniu ze zdumiewającą plastyką ruchów. Wtedy też stworzyła jedną z najbardziej ikonicznych ról Młodej Polski – Rachelę w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego: emocjonalną, egzaltowaną, pełną erotyzmu. Znakomicie grała też w sztukach Gorkiego, a widzom w pamięci utkwiły jej role jako Jelena Kriwcowa w „Mieszczanach” i Nastia w spektaklu „Na dnie”.
Symbolizm i realizm dramatyczny
Jako pierwsza na scenie wcieliła się w postacie z dzieł głównych autorów Młodej Polski: Ewy ze „Śniegu” Stanisława Przybyszewskiego i Psyche z „Eros i Psyche” Jerzego Żuławskiego. Krytycy z zachwytem pisali o aktorce: gra wyraziście, poetycko i z natchnieniem. W 1904 roku „Tygodnik Ilustrowany” podkreślał, że repertuar sceniczny Solskiej jest wyjątkowo szeroki, ale najmocniej ujawnia się w rolach złożonych, o duchowej głębi.
We Lwowskim Teatrze doceniono grę Ireny w roli Lilit w baśni symbolicznej Juliusza Hermana i Heleny Topolskiej w „Lekkiej siostrze” Włodzimierza Perzyńskiego. Dużym sukcesem była jej Zobeida w sztuce Hugo von Hofmannsthala i rola kobieca w japońskim dramacie Takedzie Izumo. Koniec lwowskiego okresu został zaznaczony przez „Lolę” – specjalnie dla niej napisanym w 1905 roku dramatem Żuławskiego.
Warszawskie wyżyny

Na początku lat 30. Irena Solska postanowiła spróbować się w nowej roli – dyrektorki teatru, stając na czele Teatru im. Stefana Żeromskiego na warszawskim Żoliborzu. To nie była zwykła dyrektura, a prawdziwy artystyczny eksperyment. Solska sama podjęła się reżyserii, wystawiając „Pewnego razu w październiku” i „Tego” Gabrieli Zapolskiej. Potrafiła gromadzić wokół siebie wybitnych artystów: Leon Schiller ożywił scenę „Komediami rybałtowskimi”, Juliusz Osterwa stworzył własną wersję „Sobowtóra” Janiny Morawskiej, a Michał Brandt wyreżyserował głośny „Boston” Bernarda Bluma – sceniczny reportaż o niesłusznie skazanych emigrantach. Krytycy bili brawo, władze – były oburzone. I to był dopiero początek.
Kolejna głośna premiera – „§ 245 KK” Jerzego Leszczyńskiego – dotyczyła zakazanego wówczas tematu chorób wenerycznych, co ponownie sprowokowało gorące dyskusje w społeczeństwie. Odwaga reżyserska kosztowała Irenę drogo. Władze obcięły dotacje, a część zespołu przeszła do Teatru Polskiego Arnolda Szyfmana. W rezultacie Solska zmuszona była zamknąć swój teatr. Później pojawiła się na scenie tylko raz – w 1938 roku, kiedy zagrała Wdowę w „Balladynie” Słowackiego w Teatrze Narodowym.
Gwiazda sceny i cień wojny

Możliwe, że Irena jeszcze wróciłaby do teatru, ale wszelkie nadzieje przekreśliła II wojna światowa. Podczas okupacji Polski Solska zmieniła działalność, stając się aktywną członkinią podziemnej organizacji „Żegota” – Polskiej Rady Pomocy Żydom. Utalentowana aktorka ryzykowała nie tylko wolnością, ale i życiem, ukrywając uciekinierów w swoim warszawskim mieszkaniu. Według wspomnień badaczki Joanny Miglicz, Solska była osobą, do której zwracano się, gdy nadziei prawie już nie było.
Jak i gdzie żyła po II wojnie światowej, tak naprawdę pozostaje tajemnicą. Wiadomo tylko, że ostatnie lata spędziła w Domu Aktora Weterana Scen Polskich w Skolimowie. Ale ci, których uratowała, jej nie zapomnieli. Mistrz Józef Mehoffer uwiecznił Irenę Solską na witrażu w katedrze w szwajcarskim Fryburgu. Wybrał postać Helwecji – kobiety, która dziękuje Matce Bożej za zwycięstwo w bitwie pod Morat w 1476 roku. Dzieło nosi wymowny tytuł – „Matka Boża Zwycięska”. I wydaje się, że ten obraz niezwykle trafnie odzwierciedla samą Solską – silną, szlachetną i niezłomną. Utalentowaną aktorkę i oddaną swojemu krajowi bohaterską Polkę.







